Aktualności

Kolbowicz: uwielbiam prowadzić

- Ja jak jeżdżę samochodem, zawsze muszę być przygotowany, że zza zakrętu ktoś może wyjechać. I muszę być czujny, dwie rączki na kierownicy. Jeżeli nie ja, to ktoś może zrobić mi krzywdę - opowiada wioślarz Marek Kolbowicz.
Mikołaj Radomski: Ile samochodów otrzymał Pan w nagrodę za wyniki sportowe?
Marek Kolbowicz: Otrzymałem jeden samochód – opla astrę. To nagroda od miasta Szczecina za złoto olimpijskie. Mam go do tej pory.
– Pamięta Pan egzamin na prawo jazdy?
– Robiłem je pod koniec 1991 roku. Egzamin zdawałem w Szczecinie. Zdałem za pierwszym razem. W szkole nauki jazdy po raz pierwszy zetknąłem się z samochodem. Nigdy wcześniej nie prowadziłem. Szybko się nauczyłem, ale zaczynałem kompletnie od zera, magia. Ale daliśmy radę.
– Rozumiem z tego, że najpierw była łódka wioślarska, a dopiero później samochód.
– Najpierw był rower. Dużo przemieszczałem się na rowerze. Później łódka wioślarska, a później samochód.
– Miał Pan zabawne zdarzenia podczas szkolenia?
– Tak, jak 89-90 proc. społeczeństwa rozpoczynałem naukę na maluchu i wiązała się z tym masa przebojów. Mój pierwszy samochód to była mały fiat, czerwony „fiacior”. Jeździłem nim pięć lat. Od 1992 do 1997 roku. A później jeden „punciak” i drugi „punciak”. Teraz oplem jeździ żona, a ja citroënem C-crosserem.
– Jak Pana zdaniem jeżdżą polscy kierowcy?
– Moim zdaniem są nieźli. Uważam, że są dobrymi kierowcami na warunki drogowe, jakie mamy w kraju. Chociaż muszę zaznaczyć, że niesamowicie się poprawiają. To, co się dzieje w naszym kraju, to rewelacyjna rzecz. Gdziekolwiek byśmy pojechali w Polskę, to wszystko się buduje. Jak nie buduje nowe drogi, to się je poszerza. Naszych kierowców uważam za niezłych.
– A na co powinno położyć się większy nacisk podczas szkolenia?
– Problem jest z ludźmi młodymi. W obecnych czasach mają łatwy dostęp do samochodów o dużych mocach. Jest to dla mnie bardzo niepokojące. Przeraża mnie, gdy czytam wiadomości, że z dyskoteki rano wracało sześć osób w bmw i wszyscy przenieśli się na tamten świat. To jest straszne, dla nich i ich rodzin. Ja też mam dzieci i moja młodsza mówi, że już za cztery lata będzie mogła zdawać prawo jazdy i będzie chciała samochód na osiemnastkę. To jej odpowiadam: Nie dostaniesz samochodu, dopiero gdy dojrzejesz emocjonalnie, by prowadzić samochód. Często nastolatkowie uważają, że potrafią świetnie jeździć i chcą jeździć sami. A to rodzice uczą pewnego przewidywania i wyobraźni na drodze. Zawsze mówię, że możemy jeździć przepisowo, nie przekraczając przepisów. Ale co z tego, gdy z naprzeciwka ci ktoś wypadnie. Ja jak jeżdżę samochodem, zawsze muszę być przygotowany, że zza zakrętu ktoś może wyjechać. I muszę być czujny, dwie rączki na kierownicy. Jeżeli nie ja, to ktoś może zrobić mi krzywdę. Bardzo często narzekamy na starszych kierowców, w kapeluszach, ale taki mniej nam zaszkodzi niż szaleniec, który dorwał się do samochodu o pojemności 5.0 i tylko patrzy, gdzie może pojechać 200 km/h. Nie zdaje sobie sprawy, jak wygląda wypadek. Dlatego młodych kierowców atakowałbym spotkaniami z ofiarami wypadków. Jakby zobaczył, jak wygląda człowiek, który przesiadł się na wózek, to inaczej spojrzałby na kierowanie pojazdami. Była kiedyś podobna akcja dotycząca skakania do wody.
– Gdzie spędza Pan więcej czasu: w samochodzie czy łódce wioślarskiej?
– Zdecydowanie najwięcej na treningu. Tygodniowo trenuję od 20 do 30 godzin. Wioślarstwo to sport ogólnorozwojowy i treningi są bardzo urozmaicone. Mamy basen pływacki, trzy razy w tygodniu siłownia i rower, i ćwiczenia stacjonarne na rowerze, bieg, a zimą narty biegowe. Bardzo dużo trenujemy na sucho, na ergometr wioślarski. Trening na wodzie to jest 50 proc. Choć czasem trzeba zrobić dłuższą trasę samochodem, na przykład Szczecin – Zakopane, ale ja należę do kierowców, którzy uwielbiają jeździć. Związane jest to z tym, że mogę spokojnie słuchać muzyki. W domu nie mam na to czasu. A na trasie mogę się skupić. Dlatego najlepsza jest trasa Szczecin – Zakopane. Tych płyt mogę posłuchać bardzo wiele. Oczywiście jeżdżę autostradami przez Niemcy, żeby się nie stresować.
– Osiągnął Pan w sporcie chyba wszystko. Zdobył Pan medal olimpijski oraz tytuły Mistrza Świata i Europy. Czy po zakończeniu kariery, podobnie jak Adam Małysz, zacznie Pan się ścigać samochodami?
– Myślę, że to sposób na ucieczkę Adama z domu (śmiech). A ja chcę być w domu i nie mam zamiaru nigdzie uciekać. Chciałbym pobyć z dzieciakami. Sportowo jestem spełniony. Po zakończeniu przygody ze sportem, bo to nie kariera – karierę to zrobił Adam Małysz, wiąże się to oczywiście ze stanem konta w banku, ja nigdy nie będę brał udziału w żadnej rywalizacji sportowej.

Marek Kolbowicz – pseudonim „Kolba”, urodzony 11 czerwca 1971 r. w Szczecinie. Wioślarz, czterokrotny mistrz świata w konkurencji czwórek podwójnych mężczyzn (Gifu 2005, Eton 2006, Monachium 2007, Poznań 2009), olimpijczyk z Atlanty (1996), Sydney (2000), Aten (2004), mistrz olimpijski z Pekinu (2008), mistrz Europy z Montemor-o-Velho (2010 r.). Pracownik naukowy w Instytucie Kultury Fizycznej Uniwersytetu Szczecińskiego.